W tym dziale prześwietlamy dla Was warte polecenia powieści kryminalne.
Marek Krajewski jest jak szwajcarski bank. Czytelnicy mogą być pewni, że każda kolejna powieść, która wychodzi spod jego pióra, będzie solidnie skonstruowaną, zapewniającą godziwą rozrywkę lekturą. Nie inaczej jest z ostatnio wydanym Władcą liczb, choć takim matematycznym abnegatom jak ja – bo właśnie na matematycznym wywodzie jest oparta fabuła najnowszej powieści wrocławskiego mistrza kryminału retro – chwilami powieść może się wydać nużąca.
Pierre Lemaitre był dotąd znany w Polsce szerszemu gronu czytelników z powieści kryminalnych. Jednak autor przygód inspektora Verhoevena opublikował także pozycję znakomitą i poruszającą, leżącą gdzieś na granicy kilku gatunków – Do zobaczenia w zaświatach. Został za nią uhonorowany najbardziej prestiżowym francuskim odznaczeniem literackim – Nagrodą Goncourtów.
Bernard Minier swoją najnowszą powieścią udowadnia, że nie jest mistrzem jednego przeboju. Znakomity Bielszy odcień śmierci, jak i następny Krąg, były utrzymane w podobnej konwencji mrocznego, klimatem przypominającego skandynawski, kryminału. Nie gaś światła to zupełnie inna historia. Przerażająca do szpiku kości.
Choć rzecz tyczy się walki z caratem, Polskich terrorystów czyta się jak współczesne raporty kontrwywiadowcze. Przemycanie dynamitu w majtkach, gorsetach, stanikach, składanie bomb na zapleczu zakładu krawieckiego czy dobrze zorganizowane napady na pociągi – to tylko niektóre z anegdot, którymi Wojciech Lada porywa czytelniczą wyobraźnię. Do sukcesu książki przysłużył się w dużej mierze talent pisarski autora, ale i ułańska fantazja bojowników z przełomu XIX i XX wieku.
Joanne K. Rowling już wydanym pod pseudonimem Robert Galbraith Wołaniem kukułki udowodniła, że jest znakomitą autorką nie tylko powieści o Harrym Potterze, ale i pełnokrwistych kryminałów. Na księgarskich półkach można będzie od jutra znaleźć drugą część przygód nietuzinkowego prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a. Tym razem Rowling rzuca na swój literacki ruszt, a i na pożarcie czytelnikom, światek wydawniczy.
Od czasu do czasu spadkobiercy nieżyjących już pisarzy wpadają na takie karkołomne pomysły. Zezwalają wybranym autorom, by kontynuowali przygody bohatera stworzonego przez ich utalentowanego protoplastę. W taki sposób powrócił do akcji Jason Borne czy James Bond. Teraz przyszła pora na Herkulesa Poirot. Czy to zabieg udany? Nie jestem przekonana.
Gaja Grzegorzewska napisała nową powieść, z nowym bohaterem, w nowym wydawnictwie. Betonowy pałac jest mocny. Dosadny, pełnokrwisty, pozbawiony hamulców. Nie każdy jednak tę moc wytrzyma. Podczas lektury nachalnie nasuwały mi się porównania z Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej. W moim odczuciu ta konfrontacja wychodzi na korzyść Grzegorzewskiej.
Zasnute mgłą ulice dziewiętnastowiecznego Londynu, po których co rusz przejeżdża dorożka, w zakamarkach czają się bandyci lub wystają panienki lekkich obyczajów. Agenci Scotland Yardu, którzy jeszcze nie otrząsnęli się po zeszłorocznych atakach nigdy nieschwytanego Kuby Rozpruwacza, a już muszą stawić czoła kolejnemu seryjnemu mordercy. Ten zaś grasuje po tym ogromnym mieście uzbrojony w...nożyczki i poluje na policjantów.
Przyznaję, że sięgając po opasłą cegłę z odciskiem wielkiego palucha na okładce, popełnioną przez Terry`ego Hayesa, obawiałem się, że autora bardzo musiał męczyć talent. Wysmarował w końcu 750-stronicową epopeję. Już po pierwszym rozdziale skarciłem samego siebie za to, że niczym ten Hajnel Maras - bohater Kōmisorza Hanusika Marcina Melona (wciąż ta książka tkwi w mojej głowie), szybciej strzelam niż myślę. Bo lektura Hayesa jest wprost kapitalna i pochłania czytelnika bez reszty.
Wielu już wieszczy schyłek mody na skandynawskie kryminały. A tu jakby na przekór pojawiają się nowe, całkiem udane debiuty z dalekiej północy, których autorzy mogą na dłużej zagościć na rynku wydawniczym. Do takich niewątpliwie należy Wykolejony, pochodzącego z Danii Michaela Katza Krefelda.